
Tytuł
książki: Jesteś moja
Oryginalny
tytuł: What was mine
Autor: Helen
Klein Ross
Wydawnictwo: Prószyński
i S-ka
Ilość
stron: 368
Data wydania: 11.01.2018
Lucy Wakefield to wykształcona kobieta, która pnie
się po szczeblach kariery. Niestety w życiu prywatnym nie wiedzie jej się tak
jak by sobie tego życzyła. Bezdzietna oraz osamotniona po rozwodzie kobieta,
pewnego dnia w akcie desperacji zabiera niemowlę pozostawione w wózku na
zakupy. Dziewczynkę wychowuje jak swoje własne dziecko, a prawdę udaje jej się
ukrywać przez 21 lat.
To moja pierwsza książka z serii Kobiety to czytają i na pewno nie
ostatnia. „Jesteś moja” to rozdzierająca serce opowieść o stracie, nadziei,
bólu, macierzyństwie, radzeniu sobie z nieodwracalnymi rzeczami w naszym życiu, a także o
próbie nadrobienia straconego czasu.
Bardzo spodobało mi się to, że książka jest w
narracji pierwszoosobowej. Choć samo to nie jest niczym szczególnym to jednak
na wyróżnienie zasługuje fakt, że fabułę poznajemy z perspektywy wielu osób, m.in. Lucy, matki, której porwano dziecko, Mii, siostry Lucy, wieloletniej opiekunki
dziewczynki, a także rodzeństwa. Autorka umiejętnie przeplatała tę narrację w
odpowiednich momentach, co pozwoliło czytelnikowi na zobaczenie danej sytuacji
oczami różnych bohaterów.
Najmocniejszą stroną tej książki jest jej
emocjonalność. Na długo po skończeniu tej książki targało mną wiele emocji.
Lucy nie została w tej książce przedstawiona tylko jak potwór, który ukradł
komuś życie. Na początku jest przedstawiona, jako normalna kobieta z
przyziemnymi problemami. Potem, kiedy dochodzimy do sceny uprowadzenia, dowiadujemy się, że to nie była planowana od miesięcy akcja. To była chwila desperacji
i nawet przez moment wywoływała we mnie współczucie. Lucy tłumaczyła to sobie
na różne sposoby, a nawet chciała dziecko oddać. I wreszcie przedstawienie
sprawy od drugiej strony – rozpacz rodziców, Marilyn i Toma, długie poszukiwania
i inne sytuacje, do których to doprowadziło. Ale także bardzo spodobały mi się fragmenty tej historii opowiadane przez wieloletnią opiekunkę Mii –
Wendy, a także Cheryl, siostra Lucy.
Ta historia choć dotyczy porwania jednej osoby,
wpłynęła na życie wielu ludzi. Przy okazji zmusza także do zastanowienia się nad kwestią macierzyństwa, np. która matka wychowa lepiej dziecko – ta,
która wita dzieci z uśmiechem w drzwiach i z pytaniem o to jak im minął dzień,
przygotowuje ich ulubione dania, czy ta która dba o kosztowną edukację i aby
dziecku nigdy niczego nie zabrakło? Ale także warto się tu zastanowić, czy da
się nadrobić 21 straconych lat? A przede wszystkim, czy można wymazać 21 lat doświadczania matczynej (bo czy kobieta, która wychowuje dziecko nie jest matką?) miłości?
"Nie można kogoś kochać przez dwadzieścia jeden lat, a potem spodziewać się, że ta miłość po prostu zniknie.'
"Nie można kogoś kochać przez dwadzieścia jeden lat, a potem spodziewać się, że ta miłość po prostu zniknie.'
Kolejną zaletą tej książki jest to, że zostało w niej opisane także to, co się stało po odkryciu przez wszystkich prawdy. Większości może się wydawać, że uprowadzone dziecko wraca wtedy do swoich biologicznych rodziców i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Ale czy na pewno? Czy da się z dnia na dzień zmienić miejsce zamieszkania i nagle obcą osobę nazywać mamą?
„Jesteś moja” to druzgocąca historia, silnie oddziałująca
na czytelnika – skłania do refleksji, wzrusza, ale wywołuje również wiele
innych emocji. Na długo po skończeniu nie zapomnicie o tej pozycji. Polecam.
Moja
ocena: 8/10
Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.