
Tytuł
książki: Mam na imię Jutro
Oryginalny
tytuł: Tomorrow
Autor: Damian
Dibben
Wydawnictwo: Albatros
Ilość
stron: 384
Data
wydania: 03.04.2019
Jutro ma 217 lat i od ponad stu lat czeka na swojego
Pana przed drzwiami wejściowymi katedry. Przed laty umówili się, że jeśli się
zagubią to w tym miejscu ponownie się spotkają. Pewnego dnia pies wyczuwa
dobrze znany sobie zapach – mężczyzny, który jest największym wrogiem jego
właściciela. To wydarzenie sprawia, że Jutro postanawia opuścić miejsce, w
którym miał czekać i podąża jego śladami w nadziei, że ten doprowadzi go do
pana. Czy dojdzie do tego spotkania? Jakie przygody spotkają go w trakcie tej
wędrówki?
Damian Dibben jest brytyjskim pisarzem, tworzącym
głównie powieści dla młodzieży. W serii „Strażnicy historii”, która przyniosła
mu popularność skupił się głównie na pokazaniu swojej fascynacji starożytną
historią, archeologią oraz kosmosem. Jest również scenarzystą i współtworzył
między innymi „Upiora w operze”, a także „Kota w butach”, zaś wkrótce ma wejść
do produkcji jego scenariusz „Seventh Heaven”. Muszę przyznać, że wcześniej w
ogóle nie słyszałam o tym autorze, a zmieniło się to, kiedy w zapowiedziach
Wydawnictwa Albatros ujrzałam piękną okładkę z psem – po przeczytaniu opisu,
wiedziałam, że muszę po nią sięgnąć.
W tej powieści występuje narracja pierwszoosobowa, a
tym, co może zadziwić jest fakt, że narratorem jest pies. Z pewnością nie
łatwym zadaniem dla autora było ukazanie historii w ten sposób, jednak muszę
przyznać, że mi się to podobało. Czytałam już wcześniej kilka książek, w
których również narracja została przedstawiona z perspektywy psa i nie było to
dla mnie zaskakujące, ale za każdym razem robi to na mnie tak samo dobre
wrażenie. Przede wszystkim widać tutaj znaczącą różnicę w zachowaniach między
człowiekiem a psem. Zwierzęta te zauważają wiele rzeczy, które człowiek
zlekceważy, ich zmysły działają zupełnie inaczej. Jutro kieruje się głównie
węchem, co jest przeciwieństwem, jeśli chodzi o ludzi. Tym bardziej, że ten
akurat zmysł ma o wiele bardziej wyczulony.
Autor opowiada tutaj o różnych wydarzeniach z życia
Jutra. W związku z tym przenosi czytelnika w XVII, XVIII i XIX wiek. Myślę, że
bardzo dobrze oddał klimat i rzeczywistość tamtych czasów. Jednak skupił się
dość mocno na realiach oraz krajobrazach, zabytkach, architekturze oraz sztuce,
więc momentami bywało dość monotonnie i może niektórym być ciężko przez nie
przebrnąć. Akcja posuwa się tu bardzo powoli, dla mnie trochę zbyt powoli,
jednak rozumiem, że Dibben chciał się przede wszystkim skupić na emocjach,
więzi, a przy tym przedstawić swoją historię jak najbardziej realnie.
Zawsze chętnie sięgam po historie, w których głównym
bohaterem jest zwierzę. Wiem, że to z reguły są opowieści dla młodszego
czytelnika, ale po pierwsze uwielbiam zwierzęta, a po drugie wiem, że dostarczą
mi wielu emocji. Tym razem również tak było. Pies został tu ukazany z jak
najlepszej strony i dokładnie za to tak uwielbiam zwierzęta. On nie zdradzi,
będzie wiernie czekał i tęsknił, a przede wszystkim obdarzy bezwarunkową
miłością. Wieź, którą można z nimi nawiązać jest czymś wyjątkowym.
„Mam na imię Jutro” to przepiękna historia o
stracie, przywiązaniu, lojalności, przyjaźni i miłości między psem a
człowiekiem. To książka skierowana przede wszystkim do młodzieży, ale zdecydowanie
może również poruszyć starszego czytelnika. Przyszykujcie chusteczki zanim po
nią sięgniecie!
Moja ocena: 7/10
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros.