
7 grudnia
miałam okazję przedpremierowo obejrzeć "Kod Dedala", który swoją
premierę w Polsce miał 20.12.2019 r. Dzisiaj pierwszy raz na swoim blogu
chciałabym się podzielić opinią na tematu filmu. Produkcja ta opowiada o
dziewięciu tłumaczach, którzy mają pracować nad tłumaczeniem kontynuacji bardzo
popularnej serii. W tym celu zgadzają się na zamknięcie w luksusowym bunkrze,
jednak bez dostępu do internetu, czy też możliwości kontaktu z bliskimi. Mimo
dość sporych zabezpieczeń, wydawca otrzymuje wiadomość, iż jeśli nie wpłaci
określonej sumy pieniędzy, treść książki zostanie udostępniona. Jak to możliwe?
I kto za tym stoi?
Napisanie,
że ten film powstał na faktach to zbyt wiele, jednak pewna prawdziwa historia
zainspirowała reżysera Regisa Roinsarda do opowiedzenia swojego pomysłu na
dużym ekranie. "Inferno" to czwarty tom serii Dana Browna o Robercie
Langdonie. Nad przekładem tej powieści pracowało dwunastu tłumaczy z różnych
krajów, zamkniętych w bunkrze we Włoszech. Sytuacja ta tak wpłynęła na
wyobraźnię Roinsarda, że postanowił stworzyć thriller, w którym wykorzysta ten
pomysł. Oryginalny francuski tytuł tego filmu brzmi "Lec
Traducteurs", co w tłumaczeniu na nasz język oznacza "Tłumacze".
Trochę moim zdaniem niepotrzebnie został on zmieniony na kolejne nawiązanie do
twórczości Browna.
Przed
przystąpieniem do obejrzenia "Kodu Dedala" zapoznałam się zarówno z
opisem jak i twórcami oraz aktorami. Patrząc na obsadę powinna to być świetna
rozrywka. Lambert Wilson i Olga Kurylenko to osoby, po których spodziewałam się
najwięcej. Niestety się zawiodłam, bo ich gra aktorska w tym filmie była na
bardzo niskim poziomie. Kurylenko przyciąga uwagę widza swoją urodą, choć w tym
przypadku jedynie tym, bo jej mimika twarzy była bardzo uboga. Osobą ratującą
ten film i całkowicie skradającą każde ujęcie, w którym się pojawia jest Alex
Lawther. Jest on młodym artystą, który może być kojarzony z popularnego na
Netflixie serialu "The End of the F***ing World". W "Kodzie
Dedala" w mojej opinii wykonał kawał dobrej roboty i trochę uratował tę
produkcję, bo warto się na nią wybrać do kina, między innymi ze względu na
Lawthera.
Przechodząc
do oceny fabuły muszę wspomnieć, że pomysł mnie zaintrygował. Pojawia się tutaj
sporo zwrotów akcji, które jednak nie do końca zaskakują. Udało mi się
przewidzieć, kto stoi za szantażem wycieku tekstu, natomiast nie do końca
wpadłam na to jak się to udało. Reżyser starał się mylić widza, jednak w mojej
ocenie, mało skutecznie.
Podsumowując,
"Kod Dedala" to film, który warto obejrzeć ze względu na Lawthera,
pomysł na fabułę oraz żeby wyrobić sobie własną opinię. Mnie nie trzymała ta
produkcja w napięciu i nie śledziłam dalszych losów w przejęciem. Uważam, że
potencjał tej historii nie został w pełni wykorzystany. Nie odradzam jednak
oglądania tego filmu, ponieważ z pewnością może umilić popołudnie. Jednak zaraz
po obejrzeniu, widz raczej o nim zapomni.